2012-05-13 11:30
Blog ze smakiem
O ważności„Nie ziewaj Stasiu“. „Kiedy Tereska ziewa to i zaraz ja.“ „Ja nie ziewam“. „Ale żeś ziewała“. „Nie...“ . „Kiedy tak“. „Kiedy?“. „W zeszłym tygodniu“. Najlepiej jest w sobotę. Ludzie mają więcej czasu, a nawet jak nie mają, to w końcu kiedyś trzeba mieć, a sobota jakoś tak pasuje. To i ja lubię wygospodarować sobie godzinę, albo jeszcze lepiej dwie i w przedpołudnie sobotnie zaparkować samochód gdzieś blisko targu. Byle nie za blisko, bo ten odcinek od parkingu do straganów i skrzynek bezstraganowych, chodnikowych, dobrze jest przejść i później wejść, do całkiem innego świata. Niby my ci sami i pogoda, widok też się przez tych kilka kroków nie zmienił, ale jakoś inaczej. W żadnym razie nie przypomina to sobotnich zakupów supermarketowych, choć zasada przecież ta sama: na określonym, niewielkim terenie zgromadzenie dóbr wszelakich i ludzi, którzy chcą je mieć, albo nawet jeszcze nie wiedzą, że chcą, chodzi o to, żeby się dowiedzieli jak przyjdą. O zakupy prosto mówiąc chodzi i tu i tam. A inaczej jest. Jak jest w supermarkecie każdy wie, co będę mówić. Na pewno w soboty nie lubię tam chodzić z powodu nagromadzenia i ludzi i emocji jakichś takich pospiesznych, drgających, żeby nie powiedzieć nerw tam jest, wózek o wózek, żadnych spojrzeń o gadaniu nie ma mowy, spieszy się każdy do ważnych spraw. Na targu też koszem o kosz wprawdzie często się zdarza, bo ścieżki wąziutkie i jak się kto na szparagi zapatrzy i zagada. Jak ja ostatnio z panią od szparagów, jak która je przyrządza. Zator się zaraz zrobił. Ale nikt nie pogania, a przeciwnie, jak się kilka pań przecisnąć nie może, to bywa, że przystają i wtedy: „no co pani mówi, że na surowo dobre?“ I zaraz pani Zosia albo Krysia szparaga z wiązki starannie oplecionej wyciągają i próbujemy już wszystkie i kiwamy głowami i milczymy ale tylko przez chwilę, bo nagle jakiś pan za nami, że on tu po cebulę i że to ważne, bo żona czeka, to się trochę przesuwamy, ale i on cebulę kupiwszy przystaje jeszcze przy nas i że żonie by może kupił te zielone bo ostatnio w telewizji widział że dobre, ale nie mówili co z nimi robić. No to nam w to graj, każda tłumaczy: ja że na surowo i szparaga podtykam, a ta pani w chustce, że ona to na parze, ale jej szwagierka to od razu zapieka z serem bez gotowania. I cmokamy i się wymieniamy szparagami, przepisami, spojrzeniami i uśmiechami nawet, chociaż powodu właściwie nie ma, słyszał kto kiedy śmiać się do szparaga. No do szparaga to faktycznie głupio, ale przy szparagach to już nie. „Nie ziewaj Stasiu...“ Siedem dni z ważnymi sprawami między ziewnięciami. Ramię w ramię siedzą: Staś, Tereska i jeszcze jedna pani i przed każdym taka sama skrzynka. A i ziemniaki w każdej bardzo podobne, choć prawdopodobnie z różnych pól, tyle że po sąsiedzku zebrane. Siedzą sobie, śmieją się i gadają, czasem nawet sprzedają, chociaż młode na sąsiednim straganie kuszą bardziej. Ale im nic to. W końcu czy w życiu ziemniaki najważniejsze? Grażyna Lutosławska
więcej »2012-05-06 11:08
Blog ze smakiem
StrzelbaPchało się i pachniało. Rozlewało i pełzało. Nie zważało na płoty. Szło na jednym oddechu, zalewało niczym potop ogarniając wszystkich i wszystko. Wyjścia nie było. Nowe szło. Piękne było. Kiedy uchyliłam okno, weszło i rozpanoszyło się. Pociągnęłam nosem dwa razy, pozwoliłam się rozgościć, co się będę bronić pomyślałam, wiosna radosna to i ja. Torbę z marchewką i pietruszką postawiłam na krześle i zabrałam się do roboty. Przywiędłe tu i tam, życia próbowały się trzymać wypuszczając natkę, która blada była. Oj, blada. Zieleń majowa do życia gotowa, a one pokurczone i blade. Zeszłoroczne. Obrałam starannie, ze dwa kilo, pokręcenia i zaciemnienia omijając. Pokroiłam w talarki, ugotowałam. Uchyliłam pokrywkę. Jak nie buchnie, jak nie wypełni! Zapach taki rozszedł się po kuchni, że hej. Stałam tak pomiędzy nowym majowym i starym Pana Zyguntowym, bo od niego torbę warzyw bez pomocy tego i owego wyrosłych dostałam. Stałam tak i wąchałam najpierw to, potem to, a w kolejności to już nie wiem, bo się zlało, pomieszało. To i ja zmiksowałam marchew i pietruszkę przez co jeszcze więcej aromatu dały, a później wsypałam szczyptę kuminu, który dostałam od Ismaela. Ismael podzielił się ze mną przepisem na sos do sałaty z mango i kuminu i kuminem też. A ja mu dałam adres do kozich serów naszych regionalnych, tych, co to oprzeć się nie można, może dlatego, że właścicielka czule do kóz po imieniu mówi, a może, bo oprócz koziego mleka niczego w nich więcej nie ma, jak nie przymierzając marchewki w marchewce od Pana Zygmunta. Ismael bardzo to rozumie i choć inny smak przywiózł z dalekiego kraju, to pasuje mu taka marchewka i taki ser, bo tutejszy i prawdziwy, to on chce. No i się szybko z Ismaelem dogadałam, chociaż on po polsku tak sobie. Nie zdziwiłam się, że się jego kumin z Pana Zygmuntowym musem marchewkowo pietruszkowym porozumienie znalazł, chociaż się panowie w życiu na oczy nie widzieli. A co ma do tego wiosna radosna ktoś by mógł zapytać, w końcu reguły jakieś pisania obowiązują, u Czechowa jak strzelba na ścianie na początku sztuki wisi, to wystrzelić musi. A proszę bardzo: wiosna też wystrzeliła. O to tylko chodzi, żeby się od tego huku głuchym nie zrobić. Grażyna Lutosławska
więcej »2012-04-29 11:47
Blog ze smakiem
Nakarmić misieNie pamiętam, czym karmiłam lalki i misie, ale że karmiłam, to pewne. Na pewno nie szpinakiem, bo go w moim rodzinnym domu nie gotowano, ale nie jest wykluczone, że dostawały cielęce pulpety, których nie znosiłam. Bo na pewno nie tran. Tran lubiłam. Oj wiem, wiem, tranu się nie lubi. Nie wypada. Powinien być koszmarem dzieciństwa. Dobrze, przyznaję, choć przez lata całe trzymałam to w tajemnicy: nie lubiłam przedszkola, ale lubiłam tran. Przedszkole było okropne, zwłaszcza poobiednia drzemki i nie pozwoliła mi się zapłakać z rozpaczy tylko perspektywa tranu przed podwieczorkiem. Dzisiaj nie wiem, czy chodziło o tran czy bardziej o tę grzankę z odrobiną soli, którą się do niego dostawało. Do takich grzanek do dziś mam słabość. Zamiast tranu kropla dobrej oliwy, czosnek i kieliszek wina, ale smak przypieczonego chleba z solą pamiętam z tamtych, ciężkich dla przedszkolaka czasów, bo choć z solą, był mi osłodą. A Julianna karmiła lalki i misie szpinakiem. Ktoś to w końcu musiał jeść, skoro ona nie znosiła. Opowiadała mi o tym przy kluskach sosem serowo-szpinakowym pięknie owiniętych, bo Julianna tak ma, że nie wchodzi do restauracji, gdzie klusek ze szpinakiem nie podają. Raz ją widziałam, jak jadła sałatkę, ale niechętnie. Jakby to było lat temu ileśtam mniej, to by misie tę sałatkę dostały jak nic. Jeden znany pisarz, to mi przy tym szpinaku Jula opowiedziała, całe dzieciństwo musiał pić kozie mleko, więc kiedy jego wnuczka z Julą zachwycone w zagrodzie na ser kozi czekały, on stał za bramą i powiedział, że resztę dnia spędzą razem, jak już do ostatniego okruszka zjedzą i usta starannie wytrą, bo wcześniej to on nie ma przyjemności dziewczynkom niczego opowiadać. A opowiadał pięknie, w książkach też, całe dzieciństwo z wszelkimi urokami w nich można znaleźć myślałam do tej pory, ale teraz już wiem, że koloryzował, bo w żadnej słowa o koszmarze koziego mleka nie było, ani o tym, że misie poił, bo pewnie tak, w końcu ktoś to musiał pić. Ja też się do kotletów cielęcych nielubienia nigdy do tej pory nie przyznawałam, a Julianna w żadnym wierszu nie pisała o szpinaku, dzisiaj się wydało, choć nie musiało, bo co ważne, tym się wprawdzie dzielić trzeba, ale lepiej dobrym, niedobrym myśmy się już podzieli, lalki misie nakarmili. Myślę sobie, że dobrze będzie kilka starych lalek i z jednego misia z domu rodzinnego zabrać i przy sobie trzymać. Bo taka czasem ochota na człowiek nachodzi gorzkie żale wylać! Na bliźniego nie należy. Jak już kto kogo bliskiego koło siebie ma, to niech mu lepiej poda szpinak z kozim serem zapieczony na grzance. Grażyna Lutosławska
więcej »2012-04-22 12:17
Blog ze smakiem
Bawarka„To samo masło! – Hege była oburzona – Rozumiesz? Odkąd pamiętam, masło smakuje tak samo i na dodatek jest w tym samym opakowaniu!” Nie rozumiałam. Co tak krzyczeć, jak nie ma o co? O brak zmian się awanturować? O poczucie bezpieczeństwa? Że się na minę nie trafi? Że jak dobre, to zawsze na tej samej półce w tym samym sklepie od lat, że z zamkniętymi oczami brać można? To pięknie przecież! Nawet to Hege powiedziałam, ale teraz ona mnie nie zrozumiała i powiedziała, że się przeprowadza do Polski, bo u nas to nerw życia i zmian i takie tam, nie to, co w jej Norwegii: to samo masło w tym samym opakowaniu kupować musi. To samo, co jej mama i babcia pewnie też. „A dobre?” zapytałam – „No pewnie że dobre” odpowiedziała zdziwiona, jakby nie wiedziała, że niedobre też można w sklepach sprzedawać raz w tym, raz w innym opakowaniu dla niepoznaki. Jak się dowie, to jej miłość do pulsowania nerwu życia trochę złagodnieje i zatęskni do tej swojej Norwegii - pomyślałam i sięgnęłam po spodeczek z konfiturą z gorzkiej pomarańczy. Śniadanie podano o 9.00, a my przyszliśmy trzy minuty po, barbarzyńcy, bośmy się w widok z okna zapatrzyli, niezmienny od lat, tak jak framuga, bo trochę tu i tam odstawała, ale to specjalnie fasonu prawdziwie angielskiego domu na angielskiej wsi nie psuło, przeciwnie, jakoś tak mnie rozczuliło, a szparę zatkaliśmy ręcznikiem, bo noc mroźna była jeszcze. Ale z tym „trzy po” trochę przesadziliśmy, sądząc po spojrzeniach, więc szybko do stołu dębowego, tego samego, co od dziesięcioleci, w tym samym miejscu, a na nim porcelana, ta sama od jeszcze dawniej, aż dech zapiera, jak tak człowiek pomyśli, konfiturę sobie nakładając, jakich rozmów, w jakich czasach była świadkiem. I że pewnie zawsze zaczynały się z wybiciem dziewiątej, więc miałam minę skruszoną, dopóty, dopóki nie spojrzałam w sąsiedni talerz i to mnie całkiem rozproszyło i oczu oderwać nie mogłam, aż mi kapka konfitury spadła na spódnice, bo na talerzu namalowane było prawdziwie angielskie śniadanie, tak, namalowane nie podane, bo wyglądało to jak obraz, taki co pachnie i wzrusza, nawet ja - wegetarianka - się nad widokiem perfekcyjnie podsmażonego bekonu i idealnie ściętego jajka zadumałam. To trzeba przez pokolenia całe ćwiczyć, żeby takie śniadania serwować pomyślałam, ale zostałam przy swoich tostach, nie muszę dodawać, że też akuratnie rumianych i chrupiących. Zjedliśmy śniadanie i natychmiast zaczęłam żałować, że już musimy jechać i ominie mnie popołudniowy rytuał angielskiej herbaty z mlekiem, w salonie, przy kominku, z kawałkiem keksu posmarowanym masłem. Poprzedniego dnia go zasmakowałam, tego obyczaju, nawet mleka sobie do herbaty dolałam, choć nie przepadam, ale samo się jakoś tak dodało, bo jak człowiek wchodzi w pewną sytuację, to ma pokusę, żeby było jak jest, a nie jak on uważa. Poczułam się jak prawdziwa dama - co też odrobina bawarki z kobiety zrobić może. No i pojechaliśmy, i przyjechaliśmy, i okazało się, że już nie ma koło mnie tego sklepu, w którym zawsze kupowałam ser, zdążył zniknąć i zaczął się remont, pewnie bank teraz będzie albo telefony. Chyba trochę nie mam nerwu na ten nasz nerw do zmian, co go tak Hege lubi, pomyślałam i dolałam sobie mleka do herbaty, ale to na nic, nie smakowało mi, nietutejsze było. Nie poczułam się damą tylko niedobrze. Zadzwoniłam do Hege, ale nie odpowiedziała, może już wyjechała, do tego swojego takiego samego masła. Niby nic, ot masło, takie samo i w tym samym opakowaniu, a jaką siłę może mieć. Grażyna Lutosławska
więcej »2012-04-01 11:12
Blog ze smakiem
Placki ziemniaczki„To niemożliwe!” krzyknął dwa razy Rolad. Wziął oddech do okrzyku trzeciego, ale zaniemówił z przejęcia. Jak się uspokoił, to zaczął powtarzać, że on wie jak się robi placki ziemniaczki, bo jego mama robiła, babcia robiła i prababcia pewnie też, chociaż tych to nie próbował. Więc dlaczego kiedy od prosi o placki ziemniaczki w dobrej restauracji, to mu kelner odpowiada że „to niemożliwe”, kiedy to jest mniej skomplikowane niż te tartinki z foie gras, które leżą na stole. Głaskałam Rolada po dłoni, żeby się uspokoił, bo bać się trochę zaczęłam o jego serce, już nie takie młode. Sama byłam gotowa iść do sklepu na rogu i kupić trzy ziemniaki i zetrzeć mu na tarce, dodać cebulę, trochę soli i pieprzu. Ale nie wstawałam od stołu, bo i tak by mnie nie wpuścili do kuchni, a poza tym bałam się zostawić Rolada. Siedzieliśmy w najlepszej w tamtych czasach lubelskiej restauracji. Rolad przyjechał w rodzinne strony na kilka dni z Paryża, w którym mieszkał już kilkadziesiąt lat. Był znakomitym artystą, którego organizatorzy wizyty postanowili uhonorować kolacją. Były forszmaki, ślimaki i takie tam cuda, które Rolad skubał kulturalnie, aż do czasu, kiedy kelner go zapytał, czy nie zjadłby czegoś jeszcze. „Oj….” rozmarzył się słynny artysta – „Bym zjadł… placki ziemniaczki”. Umówiliśmy się następnego dnia, ale w żadnej lubelskiej restauracji nie było placków ziemniaczanych. Rolad wyjechał niepocieszony. Przypomniałam sobie tę historię sprzed kilkunastu lat, kiedy chciałam zjeść placki ziemniaczane kilka dni temu w jednej z moich ulubionych lubelskich knajpek. „Poproszę dwa razy”, powiedziałam nie zaglądając do karty, bo to było jedno z najpopularniejszych tu dań. Uprzedziłam mojego towarzysza, że to trochę potrwa, bo oni tu nie używają gotowej masy, tylko normalnie jak trzeba, obieranie, ścieranie, doprawianie i cała ta ręczna robota. „Niestety nie ma.” „A kiedy będą?” „Wcale. Ziemniaki nie takie mieliśmy, placki się nie udawały, to skreśliliśmy z karty”. Wracałam do domu obok targu, do którego z restauracji ze skreślonymi plackami były dwa kroki. Oprócz straganów z ubraniami na każdym pozostałym piętrzyły się ziemniaczane stosy. Do zapiekania, gotowania, ścierania. Do wyboru. Rolad nigdy później nie odwiedził Lublina. Pewnie znalazł w Paryżu targ i nauczył któregoś szefa kuchni tego, co jego mama robiła, babcia i prababcia pewnie też. Grażyna Lutosławska
więcej »2012-03-25 11:46
Blog ze smakiem
Szczęście w puszce„Bo widzi pan Józefie, najbardziej to bym chciała pojechać teraz do Portugalii”. Właściwie nie wiem, skąd mi się ta Portugalia nagle w środku tygodnia, to znaczy trochę wiem. Józef wszedł, jak przerwę sobie w pracy zrobiwszy, oglądałam zdjęcia w Internecie. Agnieszki i Agnieszki. We dwie w tej Portugalii jak nie jadły, to pojadały, a jak i to nie, to oglądały, ale zawsze wyglądały, jakby były właśnie w tym momencie najszczęśliwsze na świecie, a przecież o to dokładnie chodzi, żeby nie jutro i nie w czwartek, ani w zeszłym tygodniu, tylko teraz właśnie szczęścia doznawać. Oglądałam i oglądałam i pomyślałam, że może ja w tej Portugalii być teraz powinnam, ale tylko przez chwilę tak myślałam, bo zaraz mi się przypomniało, że przecież mi dobrze, to co będę w poszukiwaniu zadowolenia walizkę pakować. - Jak kto czego ładnego nie zobaczy w Piaskach, to i do Paryża nie ma po co jechać - mówił mój znakomity radiowy kolega i miał rację. Ani w Paryżu, ani w Portugalii nie będzie, czego tutaj sobie nie wezmę. I wszystko byłoby dobrze, bo mi było dobrze, ale w tym momencie przypomniałam sobie jak Elka o pasztecie z sardynek opowiadała. Elka była w Portugalii, czy po szczęście, czy ze szczęściem, nie wiem dokładnie, bo ten pasztet mi jakoś tak specjalnie w głowie został. No, a przecież taki pasztet nie do głowy jest tylko do jedzenia, więc poczułam niedosyt. Właściwie to go czułam już kilka lat, bo ona mi od dawna o tym pasztecie. Że och, jaki on i jaka ta Portugalia. Oszaleć można, pomyślałam choć jeszcze przed chwilą otoczona byłam pełnią szczęścia, to nagle luka się zrobiła, taka akurat na porcję pasztetu, a wiadomo, że dziurawe szczęście to nie to samo, co jego pełnia. I już ani oglądania, ani rozmawiania, ani pracowania nie było tylko ten pasztet. To znaczy pasztetu właśnie nie było i dlatego tamtego wszystkiego też. Józef sobie poszedł, mój dobry nastrój też, pewnie w drugą stronę, albo wyszli razem, nie zauważyłam, nie to mi teraz było w głowie, tylko… no właśnie, wiem, że już mówiłam. Noc nie przespana, rano kawa nie ta sama, nic tylko ten pasztet z sardynek, co go nie ma, więc koniec świata. Ani Paryż ani Piaski. Deszcz nawet zaczął padać, zawsze tak jest, że biednemu wiatr w oczy. Całkiem zapomniałam, że jeszcze wczoraj nic mi do szczęścia nie było trzeba, dzisiaj świat o sto osiemdziesiąt stopni, a może nawet bardziej, chociaż bardziej to już się chyba nie da. Szłam i szlochałam, no, może nie zupełnie, ale dusza ma tęskniła, do nieznanego, nieosiągalnego, do pasztetu sardynkowego. Aż tu nagle! Wchodzę, staję, patrzę: leży. Pasztet, normalnie z sardynek, w puszce, prosto z Portugalii leży i na mnie czeka. Sto gramów szczęścia zamkniętego w puszce. Tego mi było trzeba, marzenia się spełniają, teraz już nic i nikt na przeszkodzie do pełni, ech, pięknie jest. Biorę, idę. Myślę. Otworzę i co. I już? To o czym teraz będę? Może jutro. Albo w czwartek. Z drugiego pokoju słychać było muzykę. Józef słuchał płyt, bo lubi. Jak ja pasztet z sardynek. Chyba. Bo zanim nie otworzę puszki, nie będę wiedziała jak smakuje. Ani w Paryżu, ani w Piaskach. Grażyna Lutosławska
więcej »2012-03-18 11:26
Blog ze smakiem
BrukiewNie pamiętałam tytułu ani autora, ale główna bohaterka na przednówku jadła brukiew. Nie była zachwycona, to też pamiętam i dlatego brukiew weszła do mojego słownika ze skojarzeniami, które ze smakiem nie maja nic wspólnego. Brukiew oznaczała konieczność. A konieczność to brak wyboru. Jak się nie ma co się lubi... Tak to ja nie lubię. No to i brukwi nie lubiłam. Aż do czwartku. W czwartek Pan Andrzej kiwnął w moją stronę głową. Normalnie Pan Andrzej nie kiwa tylko stoi sobie w okolicach bufetowej lady, rozgląda dookoła, a jak przychodzi czas, czyli klient, to znika w kuchni. Później znika Pani Patrycja, albo Pani Dorota, no a później to już znika głód tego, co w potrzebie próg Pana Andrzeja przekroczył. Pan Andrzej jak nie gotuje, to opowiada. Kiedy na przykład podsmaża na oliwie małą papryczkę do spaghetti aglio, olio e peperoncino, to zapach czuć w całej okolicy, chociaż Pan Andrzej na słowie podsmaża, a nie na oliwie. Ale tym razem Pan Andrzej nic nie mówił, tylko najpierw kiwnął, a później zniknął, a po chwili Pani Patrycja wyniosła talerz, a na nim brukiew. To znaczy powiedziała, że to jest brukiew, bo jakby słowo tu nie padło, to bym w życiu nie rozpoznała tej potrawy, którą pamiętałam z książki, co to ani tytułu, ani autora w głowie nie przechowałam. Pastelowo pomarańczowa kostka lekki postawiła opór podniebieniu, a chwilę później rozpłynęła się i sprawiła, że zaniemówiłam. Dopiero kiedy przyszła Kinga i też dostała brukiew, to zaczęłam opowiadać. Że raj, że dlaczego tyle lat bez brukwi, że Pan Andrzej to mistrz i takie tam. Teraz dla odmiany ja mówiłam a Kinga nie, tylko pomlaskiwała, nie za nachalnie, tylko tak, jak damie wypada, kiedy smak wyjątkowy poczuje. Dopiero kiedy brukiew uhonorowawszy przeszłam do spraw jakichś tam codziennie banalnych, milczenie przerwała, żeby skarcić mnie: co ty mi tu o tym tam. O brukwi rozmawiajmy! Rozmawiałyśmy o brukwi brukiew pogryzając w czwartek, a w piątek, wydawca poinformował, że Encyklopedia Britannica przestaje ukazywać się w wersji papierowej. Jego celem jest dotarcie do odbiorcy metodą, jaka jest dla niego wygodna. Czyli internetowo. A poza tym świat się zmienia i zanim kolejne tomy trafiały do sklepów, wiadomości w nich zawarte były już często nieaktualne. Przypomniał mi się salon w pewnym angielskim domu, w którym na półce stoi Encyklopedia Britannica z 1911r. To najsłynniejsze, jedenaste wydanie. Dawno nieaktualne, bo podsumowujące całą wiedzę ludzkości u progu XX wieku. Właściciel dwudziestu dziewięciu tomów często do nich zagląda. “Bo wiesz, tam jest nie tylko wiedza, tam jest mądrość, a to się nie starzeje”. Pięknie było w ten czwartek. I jest nadzieja, że jeszcze będzie, może innego dnia, ale za to na pewno. Bo ciekawość jest w Panu Andrzeju, co by tu i jak można było, zwłaszcza z tego, co już było, bo kto powiedział, że jak niedzisiejsze to do widzenia, nie nadaje się. Niektórym bardziej o smak idzie niż o nowoczesność. I z takimi to żaden przednówek nie straszny. Grażyna Lutosławska
więcej »2012-03-11 15:37
Blog ze smakiem
Duże kałużePewnie nie byłam dzieckiem wyjątkowym. Bez względu na to, co o tym sądziły ciocie, babcie i mama, kiedy miałam kilka lat, byłam taka sama jak reszta podwórkowego towarzystwa. Tak jak wszyscy nie omijałam żadnej kałuży. Bo dlaczego miałam omijać, skoro była na mojej drodze? Poznawać trzeba! Doświadczać! Nowego doznawać! Wtedy to, a może nawet wcześniej, człowiek zaczyna poznawanie świata i smutne jest to, że z wiekiem mu niekiedy przechodzi. Nie żeby od razu w szpilkach skakać w sam środek błota, zwłaszcza, że to już przecież załatwiliśmy w dzieciństwie. Smak ziemi po deszczu poznałam nie tylko wykańczając najbardziej nawet odporne kalosze, ale też organoleptycznie. Tak, tak. To dokładnie właśnie znaczy tyle, że próbowałam jak smakuje błoto. Państwo nie? Trochę nie wierzę, ale ok. A że w życiu jest tak, że jak się coś przeoczyło, to prędzej czy później trzeba nadrobić (weźmy taką ospę), to i z błotem dobrze by było mieć to w końcu za sobą. Ależ nie, nie muszą państwo czekać na deszcz. Jest takie miejsce w Lublinie, gdzie błoto podają do pierogów ze szpinakiem. Wprawdzie dla niepoznaki nazywają to sosem z borowików, ale proszę nie dać się zwieść. Nic to, że kelnerowi nawet nie drgnie powieka, nie zdradzi się najmniejszym nawet słowem ni gestem. Zamawiasz sos borowikowy – dostajesz błoto. Taka widać konwencja i ja się nie dziwię tej konspiracji. Jakby w karcie wprost napisali, niezręczność jakaś by była, niestosowność, że nie wspomnę, iż sanepid mógłby mieć uwagi. A po co to komu. Tak wszystko jest jak trzeba. Żeby jeszcze tylko tę rozmamłaną ćwiartkę borowika podzieloną na osiem części wyjąć, bo gubi się gdzieś jednoznaczność sytuacji. Błoto to błoto, nie ma się co krygować. No i te pierogi ze szpinakiem. Bez sensu smaczne. Burzą harmonię brązowawej bryi hojną ręką nałożonej na talerz. Niech sobie jedzą ten szpinak w kraju, z którego pochodzą właściciele imienia, jakie nosi restauracja. Może oni tam w życiu już wszystkiego próbowali, to teraz mogą szpinak. My takim zblazowanym postawom mówimy stanowcze 'nie'. My mamy jeszcze do nadrobienia, do załatwienia. Ale zobaczycie! Wy tam smakosze sosów nutą szafranową albo bazylikową aromatyzowanych. Krewetek grilowanych. Bakłażanów nadziewanych. Jak już przełkniemy ostatni błota kęs! Jak ruszymy! No, chyba, że się wcześniej przewrócimy. Prosto w kałużę. Bo kałuże po drodze mamy duże. Grażyna Lutosławska
więcej »2012-03-04 11:20
Blog ze smakiem
CukinieBorys znalazł listy, jakie pradziadkowie pisali do siebie dawno, dawno temu. I czyta. No ja wiem, że to cudza korespondencja i takie tam historie, ale dobrze, że czyta. Czyta i wzrusza się. Docierały te listy z Rosji do Polski przez Czechy a czasem jeszcze bardziej tajną drogą, ale docierały, niosły słowa i siły. Dziś poczta internetowa ciach mach i gotowe. Klik i po krzyku. „Ty wiesz, że po przeczytaniu jednego, długo dochodzę do siebie?”. Ech, westchnęłam na to i poszłam sobie włączyć płytę, na której Borys śpiewa romanse. A później zgłodniałam i otworzyłam lodówkę a w niej leżały trzy cukinie, które kupiłam trzy tygodnie temu i wyglądały tak, jakby za trzy lata miały wyglądać tak samo. „No i o co ci znowu chodzi”, zapytała się moja mniej marudna część tę drugą, która pomyślała, że uczucia maja się nie psuć, ale cukinie powinny. „Znowu mieszasz duchowe i brzuchowe. Nic dobrego z tego.” Przecież wiem. Z cukini miała być pyszna zapiekanka, a nie będzie. Mogłabym posypać wprawdzie tym i owym, co na pierwszy rzut kubeczki smakowe by mi oszukało, tony konserwantów użytych do poprawienia urody cukini bym nie odkryła. Ale one od mojego niewidzenia by nie zniknęły. Wniknęłyby głębiej i żyły sobie i tyły, a ja wręcz przeciwnie. Co innego taki list o miłości. Co z tego że papier pożółkły i tu i tam nadszarpnięty. Moje zęby co rusz trafiają na konserwujące konserwanty więc łatwo się psują, a te co nimi czas pogryza jakieś takie mocne, jakby konserwanta na oczy nie widziały. Emocje w liście nie ruszone, w głąb wnikające, pęczniejące, dodające sił, z każdym rokiem coraz bardziej, chociaż atrament dawno wyschnięty na amen. Jak nie przymierzając cukinie trzy w lodówce by chciały, ale nie dadzą rady. „A cóż to za porównania”, awanturować się znowu zaczęła ta moja mniej marudna część i tu naturę swoją pokazała, bo jak już taka poprawna, to cicho siedzieć powinna. Sięgnęłam po ciasteczko i usta jej zamknęłam. Ciasteczka wymyśliła dla mnie Julianna, takie specjalne, że już bardziej nie można. Takie, co mają to, co trzeba, a co nie to nie. Takie, co poleżą ile trzeba, to znaczy krótko, ale nie tylko dlatego, że konserwantów nie mają, tylko że ja ich potrzebuję do konserwacji swoich sił. I żeby jeszcze emocje wyrównać, bo czasem w tę i tamtą stronę skaczą jak nie przymierzając kozy młode, ale o ile dla kóz to dobrze to rozchwiane emocje są do niczego. Borysowi też bym może dała jedno, ale nie dam, bom zjadła, a poza tym on teraz ma te swoje listy, każdy musi coś mieć, co go konserwuje. Uważać tylko trzeba, żeby się nie nabrać, bo można trafić na konserwant identyczny z naturalnym. Grażyna Lutosławska
więcej »2012-02-26 11:18
Blog ze smakiem
Koszyk„Trzeba było kupić cały koszyk“ marudziłam sama do siebie, chociaż koszyki mam dwa i więcej nie potrzebuję. Nie o koszyk zresztą szło w tym marudzeniu tylko o kaszę. Skrót myślowy zastosowałam, człowiek czasem tak robi, pół biedy jak sam do siebie, bo jak do innego, to można się pogubić – my na skróty a drugi prostą drogą i punktu stycznego nie ma. Ale to nie tym razem, tym razem prosto o kaszę szło: gryczaną i jaglaną. Ja też jaglanej do tej pory nie lubiłam. Aż pewnego dnia, to było jesienią w piątek przed południem, kupiłam kaszę u Pani Babci Siwiutkiej jak Gołąbek. Wróciłam do domu, ugotowałam i poczułam się tak, jak pewnie i Kolumb osobiście, kiedy nowy ląd zobaczył, choć już na nic nie liczył. To, co do tej pory jadłam nie dla smaku, a dla zdrowia, bo jaglana moc ma, to było niby to samo, ale nie do końca. A tu o całość przecież idzie, o początek, środek i koniec. Tak w przypadku jedzenia jak i w innym. Przypadek kaszy mnie nauczył, żeby ufać Paniom Babciom Siwiutkim jak Gołąbek i cichutko stojącym w samym rogu targu. I jak mówią, że mają dobrą kaszę, to brać wszystko, a nie woreczek tej i może jeszcze woreczek tej, że niby na spróbowanie, a jak dobra to dokupię. Nie dokupiłam, bo Pani Babcia zniknęła, a razem z nią koszyk, w którym była kasza, co teraz nie u mnie, a u kogoś mądrzejszego dochodzi pod kocem. „Jakbym kupiła wszystko to bym więcej miała....“ marudziłam sobie dalej czekając aż obiad dojdzie pod kołdrą, bo koca nie miałam, tylko te dwa koszyki puste, a nie ten jeden od kaszy. W końcu wyjęłam. Wszystko ma swój koniec, czekanie też. Zjadłam do ostatniej okruszyny, z tego samego powodu. Westchnęłam, bo ledwie zakończyłam, a już tęskniłam, do smaku, aromatu, koszyka, Pani Babci i tego wszystkiego czego zawsze za mało i co koniec zawsze ma swój za wcześnie. Ale tego się nigdy nie wie, jak się po targu czy po świecie chodzi. Czy na drodze naszej staje właśnie to, za czym żal będzie jak pójdzie, czy nie. Więc się nie kupuje i źle i kupuje, a później żałuje, że za mało, albo że w ogóle, w zależności od tego, czy się utrafiło czy też niekoniecznie. Jedni mają czekoladki a ja kaszę. Nigdy nie wiadomo, na co się trafi w koszyku. Najważniejsze to nie przeoczyć, rękę wyciągać i brać. Bo zanim koniec, początek musi być jakiś. Grażyna Lutosławska
więcej »








































